rany

Gdy jestem ciężko zraniony, mogę się z czasem zacząć zmieniać w dzikie, ranne zwierzę. Atakujące innych tylko i wyłącznie z powodu własnego cierpienia. Odczuwające wielki gniew i wielki lęk na miarę wielkiej odczuwanej codziennie w sobie rany. Uleczenie ran tylko na piśmie wydaje się oczywiste, w praktyce – jestem do nich bardzo przywiązany, chcę, żeby ktoś tą ranę zauważył, żeby zapłakał nad nią cały świat, chcę czasem się za nią zrewanżować. Ale naprawdę nie ma sensu dla żadnego z tych powodów pozostawać dłużej rannym. Nie ma żadnego dobrego powodu by upodabniać swoje życie do życia pełnej gniewu, zranionej istoty. Nie ma żadnego dobrego powodu, by oddawać tej ranie stery całego swojego życia. Nie, nie ma potrzeby rewanżu - jest potrzeba przebaczenia. Nie, nie ma potrzeby, żeby płakał cały świat - jest potrzeba, abym ja sam ją opłakał. I żył dalej. Nie, nie ma potrzeby, żeby inni ją widzieli i otoczyli mnie miłością - jest potrzeba, abym ja znowu nauczył się innych tą miłością otaczać. Wierzę, że Bóg, kiedy leczy nasze rany, nie usuwa ich. Uzdrowienie nie polega na tym, że znikają nawet blizny. Ale na tym, że rana, która wcześniej blokowała życie i miłość, po uleczeniu nie tylko nie przeszkadza, lecz pomaga kochać i żyć bardziej. Przemienione tak rany już nie krwawią, lecz świecą.

Poprzedni

bardzo małe modlitwy

Następny

życie